Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Denko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Denko. Pokaż wszystkie posty

Cześć Dziewczyny :)

Minęła połowa listopada, a ja jeszcze w lesie z denkiem września i października. Postanowiłam się za to zabrać, gdyż pewnie nawet bym się nie obejrzała, a byłabym w lesie jeszcze bardziej ;).
Moje jesienne denko nie jest jakoś szczególnie duże, można nawet powiedzieć, że jest mizerne, ale  zużyłam kilka bardzo fajnych kosmetyków i chętnie dam Wam o nich znać!


Zacznę od pielęgnacji włosów. Zużyłam małe opakowanie mojego ulubionego przeciwłupieżowego  szamponu do włosów PIROLAM z kompleksem witamin. Na chwilę obecną jest to mój ulubiony szampon do włosów. Świetnie chroni przed łupieżem i świądem, jest delikatny dla skóry głowy, ale to nie wszystko, bo on nawet ją pielęgnuje. Używam go najczęściej, ale czasem zdarzy mi się umyć włosy innym łagodnym szamponem i tak oto zużyłam jeszcze dwa mini opakowania szamponów MARA i Nature Box, które dobrze wspominam.

Skończyła mi się również odzywka do włosów od ALFAPARF - iconic cream, ale uważam, że kiepsko się sprawdzała. Nie zauważyłam, aby robiła cokolwiek konkretnego poza tym, że włosy było łatwiej rozczesać po jej zastosowaniu. Uwielbiałam natomiast odżywkę w piance milk-shake od  Z. One. Concept. Uwielbiałam jej zapach, który był identyczny z zapachem bitej śmietany z wanilią. Muszę pochwalić również jej działanie, bo świetnie dyscyplinowała i odżywiała włosy.

Z maski do włosów organic shop z avocado również byłam zadowolona i myślę, że będziemy się częściej spotykać, gdyż jej cena również bardzo mi się spodobała. Kuracja Gliss Kur w saszetce była niczego sobie, ale spodziewałam się czegoś więcej, więc raczej to było jednorazowe spotkanie. 
Spodobał mi się natomiast sylikonowy olejek do włosów Eleo od Oriflame. Następnym razem skuszę się jednak na wersję nocną, jestem jej bardzo ciekawa.


Zużyłam tez kilka żeli pod prysznic: Nature Box, Fa i Oriflame - Loved Up. Wszystkie bardzo dobrze się sprawdziły i byłam z nich zadowolona, jednak zapachy Fa i Oriflame - Loved Up były najbardziej przyjemne.

Oczyszczający żel do mycia twarzy z aktywnym węglem od APIS jakoś nie szczególnie się u mnie sprawdził. Oczyszczał bardzo średnio i po jego użyciu miałam wrażenie, że moja skóra jest niedomyta. Był bardzo delikatny, ale delikatność to nie wszystko, musi być również zadowalające działanie, a tego w nim nie znalazłam.


Bardzo polubiłam wodę termalną od INSTITUT ESTHEDERM - EAU CELLULAIRE. Jej dozowanie było bardzo przyjemne, bo kropelki były mikroskopijne. Świetnie odświeżała i koiła skórę. Moim zdaniem ten produkt śmiało można nazwać luksusowym!

Z płynu micelarnego Buna byłam zadowolona. Bardzo dobrze zmywał makijaż i był delikatny dla skóry i oczu. Śmiało mogę go polecić, tym bardziej, że jest zamknięty w dużym opakowaniu, a jego cena do wysokich nie należy (to wydatek ok. 10 zł).

Zużyłam również serum naprawcze i krem nawilżający marki BIOTANIQUE i muszę przyznać, że  moja skóra była bardzo zadowolona z kontaktu z tymi preparatami. Bardzo lubię tą markę i często jej używam. Uwielbiałam również serum ze śluzem ślimaka z serii Korean Beauty, ale niestety opakowanie gdzieś zgubiłam. Wiem jednak, że na pewno zakupię je ponownie!


Skończyły mi się również dwa kremy do ciała z których była równie mocno zadowolona. Sea Essence od ORGANIQUE był bardziej odżywczy i treściwy, a BIOTANIQUE raczej nawilżający i lżejszy. Używałam ich zamiennie w zależności od potrzeb skóry i sprawdzały się świetnie!


Z kolorówki zużyłam tylko dwie wysuwane kredki. ta z Makeup REVOLUTION do brwi sprawdzała się bardzo dobrze i nie mam jej nic do zarzucenia. Była odpowiednio twarda i nie rozmazywała się. Kolor również był dla mnie idealny. 
Czarna kredka do oczu od LANCOME była świetna! Jej głęboka czerń nie bladła, kredka była na tyle miękka, że sunęła po powiece bez najmniejszych przeszkód i bardzo trwała. Jedynym mankamentem było opakowanie, które pozwalało na wysunięcie rysika, ale nie pozwalało na jego wsunięcie z powrotem. 

Miałam okazję wypróbować nowy zapach od YSL - LIBRE i muszę przyznać, że jestem nim oczarowana. Niebawem na mojej toaletce pojawi się pełny flakonik :)

Zużyłam jeszcze, a raczej nadal jestem w trakcie użytkowania ręcznie robionego mydełka cashee z rozmarynem i sprawdza się doskonale.

To byłoby na tyle. Tak się właśnie prezentuje moje skromne, aczkolwiek całkiem pozytywne denko :)

Buziaki :*

Denko Września i Października 2019

Joanna
,

Cześć Dziewczyny :)

Ostatnio nie mam cierpliwości do pisania o denkach. Zanim się do tego zabiorę to upłynąć musi sporo czasu i tak tez było tym razem. Wakacyjne denko musiało czekać do niemal połowy października, ale w końcu się doczekało i oto ono! Na szczęście, przez upalny lipiec i sierpień nie zużyłam zbyt wielu kosmetyków, a te które zużyłam to głównie pielęgnacja. Z kolorówki poszedł tylko błyszczyk ;) Biorąc pod uwagę, że latem upały nie odpuszczały, wcale się sobie nie dziwię, że kolorówki nie zużyłam właściwie wcale. Teraz


Szamponów wykończyłam kilka, ale dwa pierwsze (Herbal Essences i Love Beauty and Planet) służyły mi głównie do mycia pędzli. Do włosów używałam ich rzadko, gdyż zawierały drażniące  skórę SLS-y. Zadowolona byłam z naturalnego i łagodzącego szamponu od Trico Botanica, który łagodnie mył łosy i skórę głowy, a dodatkowo przyjemnie chłodził. 
O przeciwłupieżowym Catzy już kiedyś pisałam. Recenzję znajdziecie tutaj
Miniaturkę szamponu NAOBAY zabierałam zawsze na wyjazdy i sprawdzał się doskonale. Dobrze mył włosy i skórę głowy, a przy tym był delikatny. Byłam z niego zadowolona.


Zużyłam też żel pod prysznic od Oriflame z nowej serii Wake Up, który ślicznie pachniał i świetnie się pienił, ale nie wysuszał przy tym skóry. Zapachy z linii Wake Up pokazywałam Wam tutaj
Żel do mycia twarzy Himalaya świetnie oczyszczał i był wydajny, ale niestety też podrażniał lekko skórę, więc używałam go rzadko, tylko w sytuacjach, kiedy potrzebowałam porządnego oczyszczania.
Zużyłam również trzy toniki od twarzy. Najbardziej zadowolona byłam z tego od LoveMeGreen. Vianek i Himalaya niestety pieniły się na płatku kosmetycznym w trakcie użytkowania, a nie lubię tego za bardzo.


Skończyła mi się również maseczka z kwasem azaleinowym myPUREexpress od MIYA Cosmetics. Ubolewam nad tym, bo bardzo ja lubiłam. O ekspresowych maseczkach MIYA pisałam tutaj.
Zużyłam także bardzo delikatny peeling z eukaliptusem i ścierniwem z pestek malin. Ślicznie pachniał, ale dla mnie był jednak zbyt delikatny. Peeling ten pochodzi z linii kosmetyków BOTANIC SkinFood, które można nabyć w Drogeriach Natura. O tych kometkach pisałam tutaj.

Skończyło mi się także serum kolagenowe od AUBE i serum z kwasem hialuronowym od BioOleo. Jakoś nie było mi po drodze z tymi kosmetykami. Miałam wrażenie, że one nie mają żadnego działania.

Błyszczyk Lip Chick od AA lubiłam i zużyłam w całości. Miał fajną konsystencję, smak i zapach.


Kostki myjące, jakich opakowania widzicie na zdjęciu nadal mam w użyciu i wszystkie sprawdzają się rewelacyjnie. Najbardziej odpowiada mi mydło bobasem z kozim mlekiem <3 Uwielbiam!
Skończyły mi się również dwa opakowania dużych płatków kosmetycznych z Biedronki, które uwielbiam i wiernie kupuję!
Postanowiłam pozbyć się dwóch pędzelków do makijażu oczu (Maestro i Era Proffesional), które mogły już robić tylko za miotły. Szybko się zużyły i niestety nie mogę ich polecić. 

Zużyłam także dwie maski w płachcie, ale nie mam o nich nic do powiedzenia, było miło, ale się skończyło ;)

To już koniec mojego małego, wakacyjnego denka. Może następne będzie większe.

Buziaki :*

Denko Lipca i Sierpnia 2019

Joanna
,

Cześć Dziewczyny :)

Dostałam 'denkowego' lenia i do tej pory zwlekałam z pokazaniem kosmetyków, które zużyłam w maju i czerwcu. Trochę mnie to przeraża, bo nadchodzi czas, aby pokazać denko wakacyjne z lipca i sierpnia, a ja jestem w czarnej d**ie ;).
Nie myślcie sobie jednak, że leń i minął, bo on ma się nadzwyczaj dobrze i z tego właśnie powodu dziś będzie bardzo krótko.


Zdziwiło mnie to, że przez dwa miesiące zużyłam jeden płyn do kąpieli, jeden żel pod prysznic i jeden płyn do higieny intymnej, ale jestem z siebie dumna! Oby tak dalej!
Żel pod prysznic od NIVEA muszę pochwalić za ładny i świeży zapach!


Z produktami do oczyszczania twarzy tez poszło raczej w granicach normy. Żel od Oriflame był bardzo przyjemny, dobrze oczyszczał i nie podrażniał. Pisałam o nim tutaj.
Emulsja do oczyszczania twarzy Himalaya natomiast, to prawdziwy zajzajer. Oczyszczała szybko i bardzo dobrze, ale mogła przy tym podraznić. Zupełnym przeciwieństwem był natomiast żel od tołpa, on nie robił nic. Można powiedzieć, że makijaż jedynie rozmazywał, a kiedy myłam skórę bez makijażu, to i tak nie domywał. Nie polecam!
Płyn do demakijażu od Balneokosmetyki spełniał swoje zadanie bardzo poprawnie, nie mogłam na niego narzekać.


O produktach MIYA Cosmetics nie będę się już tutaj rozpisywać. Pisałam o  nich nie raz.
 Linki poniżej:
Ekspresowe maseczki myPUREexpress i myBEAUTYexpress
Ekspresowe peelingi do ciała myMAGICscrub i mySOSscrub
Naturalne Serum Rewitalizujące myPOWERelixir

Jeśli chodzi o maskę LUMENE, to była to tylko próbka i nawet nie pamiętam, czy się sprawdziła. Z tego co kojarzę żadnego WOW nie było, ale była poprawna w swoim działaniu.


Jeśli chodzi o szampony do włosów, to sprawa wygląda nieco inaczej. Te dwa gagatki z brzegu, czyli GlissKur i Kerasys zużyłam do prania pędzli, gdyż za dużo w nich było drażniących SLS i podrażniały skalp.
Przeciwłupieżowy Catzy również miała w składzie SLS, ale z nim było inaczej. On sprawdził się przy myciu głowy. Pisałam o nim tutaj.

Szampon do włosów _Element | Wyciąg z kiełków rzeżuchy był natomiast fantastyczny. Sprawdził się doskonale zarówno pod względem działania, jak i składu.
Świetnie oczyszczał włosy i skórę głowy, nie plątał włosów i był delikatny. 


Zużyłam też dwie odżywki do włosów i jedną maskę. Najbardziej zadowolona byłam z maski.


Cukrowa pasta do depilacji sprawiła mi nie mało problemów z użytkowaniem, ale ostatecznie zużyłam ją w całości. Dzięki niej nie miałam zapalenia mieszków włosowych po depilacji, więc pod tym względem ją pochwalę, ale użytkowanie jej było naprawdę ciężkie. Teraz mam pastę cukrową innej marki (bardziej profesjonalną) i jest z tym nieco lepiej, choć nieidealnie.

Dezodorant Volare od Oriflame jak zwykle się sprawdził. Świetnie chronił przed poceniem i przykrym zapachem i łanie pachniał. Poza tym nie robił plam na ubraniach.

Fixer od mysecret również dawał radę podobnie jak ten z INGLOT, więc polecam! Pokazywałam go tutaj :)

Zuzyłam również dwie kredki do powiek. Jedna z AVON, a druga z GOSH. Z obydwu byłam zadowolona.


Dwa pierwsze kremy od Oriflame i Garnier mino, ze były przeznaczone do twarzy, zużyłam do rąk i innych części ciała. Nosiłam oba w torebce i przydawały się czasem w nagłych sytuacjach.

Bardzo zadowolona byłam z kremu od koreańskiej marki CREMORLAB. Był genialny! Pisałam o nim tutaj.

Pozwolicie, że na temat próbki od DR GRANDEL nie będę się wypowiadać. Zwyczajnie nic nie pamiętam. Kremu w tej tubeczce było bardzo niewiele.


Jak zwykle zużyłam również trochę saszetek, a w nich były m in. maski, płatki pod oczy, kremy itp.

Uff, dobrnęłam do końca ;)
Buziaki :*

Denko maja i czerwca 2019

Joanna
,

Cześć Dziewczyny :)

Miesiąc za miesiącem mija niepostrzeżenie i oto znów przyszła pora na dwumiesięczne denko. Jak na dwa miesiące, to pudełek po kosmetykach nie uzbierało się u mnie jakoś szczególnie dużo. Myślę, że to takie standardowe zużycie. Łatwo jednak zauważyć, że w tym denku znalazło się całkiem sporo kolorówki, ale nie tylko. Z resztą, zobaczcie same. :)


Płyny do kąpieli beBeauty to standardowa pozycja w moich denkach, więc i w tym nie mogło zabraknąć chociażby jednego egzemplarza. Cóż się dziwić są tanie, dobre i jest ich dużo :D Nie żal wlewać do wanny ;) Zużyłam również żel pod prysznic od NIVEA. Nie było w nim nic wyjątkowego, więc za dużo do powiedzenia na jego temat nie mam. Robił, co miał robić i tyle.

Masło do ciała z olejkiem kokosowym od marli HELLO Nature okazało się za to fantastyczne i z pewnością jeszcze nie raz do niego wrócę. Jest bardzo przyjemne w użytkowaniu. Wchłania się natychmiastowo i całkowicie, a jego konsystencja jest jak lekki krem (do ciężkiej maślanej konsystencji bardzo mu daleko). O dziwo, nawet jak przy tak lekkiej konsystencji, nawilża wyśmienicie i z czystym sumieniem mogę je polecić. Minusów nie nie doszukałam.

Masełko SHEA od INDIGO niestety nie przetrwało. Zdążyłam zużyć je tylko w 1/4 części, a to dlatego, że zakopałam je w kosmetyczce z produktami do paznokci i kompletnie o nim zapomniałam. Z tego co pamiętam, to niczym nie różniło się od większości maseł SHEA, poza jednym... PRZEPIĘKNYM ZAPACHEM <3


Trochę zszokowała mnie ilość zużytych produktów do pielęgnacji twarzy, bo okazało się, że w porównaniu z innymi, to opakowań jest bardzo dużo. 
Oczyszczający żel węglowy do mycia twarzy dla cery mieszanej i tłustej od Bielenda spisywał się całkiem nieźle, choć nam żele oczyszczające, które mają lepsze właściwości oczyszczające. Ten był delikatny, ale żeby dokładnie oczyścić skórę musiałam użyć go minimum dwa razy. Nie wiem, jak to było z detoksykacją, ale nie matował cery i nie zwężał porów (szczerze mówiąc nawet się tego nie spodziewałam).

Z płynu micelarnego od BUNA byłam bardzo zadowolona. Duża butla wystarczyła na długo, a sam płyn świetnie radził sobie ze zmywaniem makijażu i w żaden sposób nie podrażniał cery. Nie pozostawiał też na skórze nieprzyjemnej warstwy.

O żelu do demakijażu oczu od tołpa mam zdecydowanie odmienne zdanie. Niestety nie zdołałam go zużyć! Z makijażem oczu nie radził sobie praktycznie wcale, a przy tym bardzo podrażniał delikatną skórę wokół oczu, jak i sam oczy , które niemiłosiernie łzawiły i szczypały po użyciu. W opakowaniu zostało ok. połowa produktu, ale nie dlatego, że drugą połowę zużyłam. Próbowałam ten żel wykorzystać w inny sposób, ale nie sprawdził się w żaden.

Tonik NOVAGE od Oriflame zużyłam w całości. Szczerze mówiąc, był trochę dziwny, bo sprawdzał się nie tylko jako tonik, ale można nim było nawet zmyć zanieczyszczenia z twarzy. Było to coś jakby 2 w 1, czyli tonik i płyn micelarny w jednym. Początkowo bardzo mi się to podobało, ale później zaczęło mnie irytować to, że płyn w trakcie przecierania twarzy zaczynał się pienić na płatku kosmetycznym. Nie mniej jednak, wspominam go dobrze.

Mgiełkę DERMO System od Bielenda używałam jako toniku do twarzy i bardzo mi się spodobała. Ten produkt świetnie tonizował skórę, ale nie tylko, dawał jej odświeżenie i ukojenie. Kontrowersyjnym dla mnie był tylko jego fioletowy kolor, który przypominał mi denaturat. ;)


Zużyłam również kilka mini produktów koreańskiej marki CREMORLAB o której już kilkukrotnie pisałam na blogu. Bardzo ją lubię i używam z przyjemnością.
Koreańskie kosmetyki CREMORLAB na bazie unikalnej wody T.E.N.! 
Ultralekki, meganawilżający krem i peeling w piance, czyli koreańskie tlenowe nowości CREMORLAB! 


Wykończyłam również kolejne opakowanie fantastycznego krem-koncentratu botulinowy TRIFUSION od YONELLE. To takie jeden z kremów do których się wraca bez większego zastanowienia i warto przeznaczyć na niego większe pieniądze. 

Skończyły mi się również dwa sera do twarzy: Biały Jeleń i O2 SKIN. Obydwa były bardzo przyjemne i lubiłam ich używać. Zastrzeżenia mam tylko do opakowania O2 SKIN. Serum misuałam wybierać patyczkiem kosmetycznym, bo pipetką nie było to możliwe ;/ Ktoś nie pomyślał przy tworzeniu opakowania ;)

Maska nawilżająca ENILOME nie zrobiła na miej piorunującego wrażenia. Używałam jej bardziej w celu jej zużycia, niż cieszenia się efektami. Szczerze mówiąc, to nie robiła nic. Może gdybym stosowała ją na noc, byłoby inaczej, ale ja stosowałam ją tradycyjnym sposobem. Nakładałam na 15 minut na oczyszczoną skórę, a następnie zmywałam wodą.

Z maski Alpha - H, Liquid Gold byłam natomiast bardzo zadowolona. Maska jest stworzona na bazie glinki. Początkowo trochę podrażniała, ale później się to zmieniło. Używałam jej zawsze podczas kąpieli i zmywałam. Skóra po użyciu była bardzo gładka i lekko rozświetlona na długo. Poza tym ta maska miała bardzo dobre właściwości oczyszczające.

Pudrowo-matująca mgiełka w sprayu od Efektima okazała się dla mnie całkowitą pomyłką. Pomimo, że opinie w internecie ma ona całkiem dobre, to u mnie się nie sprawdziła. Ja niestety nie zauważyłam zmatowienia cery, a tylko nieprzyjemne ściągnięcie skóry. Pozbywam się jej niestety praktycznie w całości, a używałam jej naprawdę niewiele. Większość czasu przeleżała na półce, aż przyszedł czas, aby jej się pozbyć.

Wody termalne TERMISSA używałam do odświeżania cery, ale ostatnio na płatku kosmetycznym. Spryskiwałam płatek wodą, a następnie spryskiwałam twarz. Później zbierałam nadmiar wody uprzednio zwilżonym płatkiem kosmetycznym z twarzy.


Maska do włosów O'HERBAL od Elfa Pharm nie sprawdziła się u mnie jakoś szczególnie. Szczerze powiem, że dziwi mnie tak duża ilość pozytywnych opinii o tej masce w internecie. Ja nie zauważyłam jakiś szczególnych efektów po jej zastosowaniu. Na moich włosach efekt był mizerny i właściwie to maska pomagała jedynie w rozczesywaniu włosów, a i to często szło opornie. Zużyłam ją tylko dlatego, że dodawałam do niej koncentrat GLISS KUR booster. Z tym koncentratem działanie było o niebo lepsze, choć uważam, że powinien być tańszy, jak na dodatek do masek i szamponów.

Serum KERABIONE używam do olejowania włosów, ale ostatnio z tym u mnie kiepsko. Muszę znów zacząć i zamierzam to zrobić w niedalekiej przyszłości.

Nabłyszczające serum do włosów farbowanych BC Bonacure od Schwarzkopf wspominam bardzo dobrze. Ładnie nabłyszczało włosy i je chroniło. Przy nałożeniu odpowiedniej ilości zupełnie ich nie obciążało.

Rosyjską wcierkę do włosów z papryczką Chili kupiła w sklepie zielarskim. Niestety nie używałam jej zbyt regularnie. Może dlatego nie zauważyłam efektów.


Dezodoranty to niezbędniki i oczekuję od nich przede wszystkim, że będą doskonale chronić przed poceniem się i przykrym zapachem. Te, które zużyłam w ciągu ostnicach dwóch miesięcy, czyli Oriflame, Lady Speed Stick i miniaturka NIVEA spisywały się bardzo dobrze i nie mam im nic do zarzucenia.


Przyszła pora na kolorówkę! 
Zużyłam dwa produkty do stylizacji brwi do L'oreal, a mianowicie kredkę do brwi - Brow Artist Maker i paletę do makijażu brwi - Brow Artist Genius Kit. Muszę przyznać, że obydwa spisywały się świetnie, choć cena regularna tych produktów jest moim zdaniem nieco przesadzona. Dlatego właśnie warto polowac na takie promocja jak -55% w Rossmann :)

Mgiełki do utrwalania makijażu LILY LOLO niestety nie zużyłam. Nie jestem przyzwyczajona do używania utrwalaczy (wcześniej myślałam, że jest mi niezbędna, ale okazało się inaczej) i dlatego mało co jej używałam i teraz tego żałuję. Długo biedna stała na półce i stwierdziłam, że najwyższy czas się z nią pożegnać.

Krem CC Selfie Project to moje makijażowe odkrycie dla cery tłustej i przetłuszczającej się! Bardzo lubię go stosować pod podkłady mineralne. Nie daje on dużego krycia, jest ono znikome, ale świetnie przygotowuje skórę pod minerały. Swoją drogą zużyłam podkłady mineralne od Annabelle Minerals i Neauty, które sobie chwalę, choć bardziej skłaniam się do Annabelle Minerals.

Cień do powiek NABLA nie był w moim guście (bardzo jasny) i niestety się przeterminował, więc się żegnamy.

Wykończyłam również dwie czarne, wysuwane kredki do oczu. Avon bardzo dobrze wspominam, bo świetnie mi się nią pracowało, była trwała, a jej czerń była węglowo czarna. Nic dodać, nic ująć!
Jeśli chodzi o Miss Sporty to niestety nie zdała egzaminu. Użyłam jej zaledwie kilkukrotnie bo większość z niej się połamała i uciekła na podłogę podczas wykręcania.


Zużyłam jeszcze dwa opakowania moich ulubionych płatków kosmetycznych z Biedronki, a także kilka masek w płachcie. Pisałam o nich tutaj.

Życzę Wam udanej niedzieli! Buziaki :)

Denko marca i kwietnia 2019

Joanna
,

Cześć Dziewczyny :)

Moje denko stycznia i lutego wbrew pozorom wcale nie jest duże, znalazło się w nim bowiem kilka kosmetyków, których nie zużyłam, bo się przeterminowały, ale są w nim również takie, które używałam niezgodnie z przeznaczeniem. W związku z tym, kosmetyków które zużyłam do ostatniej kropelki nie jest tak dużo, jakby wskazywało powyższe zdjęcie.

Nie przeciągam już! Zaczynamy!

Jak zwykle zużyłam jeden z płynów do kąpieli z Biedronki be beauty. To żadna nowość, bo one standardowo pojawiają się w każdym moim denku. Cóż się dziwić są tanie, dobre i jest ich dużo :D Nie żal wlewać do wanny ;)
Skończyły mi się również dwa szampony do włosów: Dove i jeden z limitowanej wakacyjnej edycji Lidl-a, czyli Sunner Cien. Do mycia włosów ich nie używałam, gdyż zawierały SLS-y, a ja na szampony z tym składnikiem mam uczulenie i muszę używać delikatniejszych. Doskonale sprawdziły się natomiast do mycia pędzli i nie tylko. Delikatny szampon, który zużyłam zgodnie z jego przeznaczeniem i który sprawdził się wyśmienicie to Dermedic CAPILARTE. Świetnie oczyszczał włosy i skórę głowy, a przy tym był niebywale delikatny. NIe powodował świądu, łupieżu, ani innych nieprzyjemnych dolegliwości. Nie plątał tez włosów, a po umyciu były one miękkie i dobrze się rozczesywały.
Zapomniałabym o podróżnym zestawie AUSSIE, czyli szamponie i odżywce! Szampon zużyłam podobnie jak Dove i Cien, czyli do wszystkiego tylko nie do włosów ;) Odzywkę natomiast używałam zgodnie  z przeznaczeniem i muszę ją pochwalić. Spisywała się naprawdę dobrze, choć efekt był powierzchowny, czyli do pierwszego umycia włosów. Bardzo spodobało mi się opakowanie tej  mini odzywki, a dokładniej tego, jak się ją z niego wydobywa, więc zostawiam je sobie. Z pewnością jeszcze je wykorzystam.

O odżywce do włosów John Frieda - Luxurious Volume zwiększającej objętość pisałam już jakiś czas temu. Ona naprawdę robiła robotę! Nie będę się już o niej tutaj rozpisywać, doczytacie sobie tutaj
Maski do włosów NOVEX oceniam jako przeciętne, ale bez rewelacji. Nie polecam, ale też nie odradzam.
Doprawdy nie rozumiem fenomenu wcierki Banfi..., tak rozchwalona, a ja nie zauważyłam jakichś szczególnych rezultatów po jej stosowaniu, a zapach nieszczególnie mi się spodobał. Niestety ona przetłuszcza też trochę włosy. Na mnie jakoś szczególnie nie podziałała, ale też nie zaszkodziła, więc jej nie odradzam. Możliwe, że u innych się sprawdziła i ja nie będę poddawać tego w wątpliwość. U mnie niestety efektów brak, ale każdy powinien spróbować na sobie.


Dwie odżywki do włosów, które szczególnie polecam i które wyjątkowo dobrze się u mnie sprawdziły zasłużyły na osobne zdjęcie poniżej. Jedna z nich to InSight Volumizing, czyli odżywka, która zwiększa objętość włosów i używa się jej bez spłukiwania. Ona nie tylko zwiększa objętość włosów, ale również wyjątkowo dobrze je odżywia, wygładza i zawiera aż 98% składników pochodzenia naturalnego! O niej tez pisałam, więc zajrzyjcie tutaj!
Maska wzmacniająca przeciw wypadaniu włosów VisPlantis to moje ostatnie odkrycie! Znalazłam ją w pudełku ShinyBox i przepadłam! Nie wiem, jak działa przeciw wypadaniu włosów, ale to co z nimi robi jest cudowne! Działa odżywczo nie tylko na włosy, ale również na skórę głowy. Włosy po jej użyciu są mięciutkie, delikatne w dotyku, świetnie się układają, są puszyste i generalnie można je podsumować samymi ochami i achami <3 Maska jest cudowna! Kosztuje ok. 20 zł i uważam, że jest to bardzo dobra cena, jak na takie cudo.


Skończył mi się żel do mycia twarzy Whiten od Novaclear, bardzo go lubiłam i używałam z przyjemnością, choć uważam, że jego cena jest przesadzona. O całej serii likwidującej przebarwienia ze skóry pisałam niedawno, więc odsyłam Was tutaj. :)
Żel do mycia twarzy i oczu od TOŁPA natomiast, nie sprawdził się u mnie zbyt dobrze i zużyłam go trochę na siłę. Nie za bardzo przepadam za kosmetykami do mycia twarzy, które się nie pienią. Zawsze mam wrażenie, że nie oczyszczają dokładnie i zwykle nie mylę się, co łatwo sprawdzić po płatku kosmetycznym nasączonym tonikiem, którym przecieram twarz po umyciu. Skończyła mi się też wersja podróżna toniku i serum w jednym marki TOŁPA i ten sprawdził się doskonale, więc niebawem zaopatrzę się z pełnowymiarowe opakowanie!
Mleczka do demakijażu CHARMINE ROSE niestety nie polecam jakoś szczególnie. Mnie ono bardzo szczypało w oczy, chociaż demakijaż robiło bardzo dobrze. Właściwie poza tym szczypaniem było bardzo ok, ale na rynku jest wiele lepszych produktów.
Zużyłam też mini krem nawilżający LUMENE i muszę przyznać, że bardzo dobrze nawilżał. Generalnie jestem na TAK, bo to lekki, przyjemny, delikatny i dobrze nawilżający kremik do twarzy.


To nawilżające serum do ciała Figs & Rouge Avance + to całkowita pomyłka! Nawet specjalnie nie wiedziałam jak tego używać, bo w tej tubie była woda, która rozlewała się wszędzie. Nie umiałam jej dozować, bo opakowanie zdecydowanie się do tego nie nadawało. Poza tym, nie wiem do tej pory co ono miała niby robić. Nie zużyłam tego specyfiku, pozbyła się go bez żalu.
Masełko do ciała NATURATIV było bardzo OK, przyjemne, odżywcze  i pięknie, słodko pachniało. Używanie go to sama przyjemność!
Krem do rąk BOTAME Body, nie był rewelacyjny, ot taki zwyklaczek. Moim zdaniem za bardzo wodnisty po rozsmarowaniu, ale zużyć się da bez większych problemów. Nie spodziewajcie się po nim jednak niczego szczególnego.
UWAGA! Teraz produkt niekosmetyczny, ale CUDOWNY! Znalazłam tą buteleczkę olejku Vera-Nord w jednym z kosmetycznych box-ów i się zakochałam. Zapach przepiękny, którym pachniał mój dom w okresie świątecznym! Jeśli posiadacie nawilżacz powietrza i lubicie, jak Wam ładnie pachnie w domu to polecam Wam te olejki. To zdecydowanie lepsza opcja niż jakiekolwiek świece zapachowe i dużo tańsza :) Zobaczcie ile różnych zapachów jest na stronie producenta tych olejków: vera-nord.pl Zapomniałabym dodać, że te olejki są całkowicie naturalne. Dla mnie CUDO!


Przyszła kolej na kolorówkę!
O lakierach hybrydowych MAKEAR pisałam już dość dawno temu, ale nadal uważam, że to jedne z najlepszych hybryd na rynku. Poniższy egzemplarz to efekt kociego oka, który niestety się zbrylił w połowie zużycia. 
Jeśli chodzi o lakiery tradycyjne, to skończył mi się TOP RIMMEL - SUPER Gel, który uważam za bardzo dobry i śmiało mogę go Wam polecić. Doskonale utwardza i błyskawicznie wysycha. Ma doskonały połysk, który długo się utrzymuje.
Krem CC Selfie Project to moje ostatnie makijażowe odkrycie! Bardzo lubię go stosować pod podkłady mineralne i mam w użyciu kolejne opakowanie. Nie daje on dużego krycia, jest ono znikome, ale świetnie przygotowuje skórę pod minerały. Swoją drogą zużyłam podkład mineralny od Annabelle Minerals, który sobie chwalę, a w użyciu mam oczywiście kolejne opakowanie. :)
Skończył mi się również bezbarwny, ochronny balsam do ust BEE NATURAL. On również służył mi bardzo dobrze i z czystym sumieniem mogę go Wam polecić. Nawilżał, chronił, natłuszczał i był przyjemny w smaku i zapachu. Nic mu nie mogę zarzucić. Dla mnie BOMBA!
Wykończyłam również tusz do rzęs od L`Oreal Paris - False Lash Superstar X Fiber. Bardzo dobrze go wspominam i nie mam mu absolutnie nic do zarzucenia. świetnie rozdzielał rzęsy, nie kruszył się, nie rozmazywał i można nim było stopniować efekt od bardzo naturalnego do iście teatralnego.
Paleta do konturowania Loreal Infallible Sculpt to natomiast całkowita porażka i pozbywam się jej bez żalu! Dla mnie tragedia totalna, nie dało się tego używać. Pozbyłam się również korektora  punktowego SYNERGEN i korektora pod oczy Reviving od Pixie Cosmetics. Niestety nie zdążyłam zużyć tych kosmetyków, chociaż były bardzo fajne.
Cień Pierre Rene w pięknym odcieniu brązu zużyłam natomiast do ostatniego okruszka.


Jak zwykle zużyłam również trochę próbek i masek w płachcie, a także płatków pod oczy. Oczywiście, jak w każdym denku muszą pojawić się również opakowania po płatkach kosmetycznych. Niestety zapomniałam, żeby nie kupować rozwarstwiających się na potęgę płatków w Rossmannie, ale po zakupie sobie o tym przypomniałam i już mam nadzieję będę pamiętać. 
Asia! Kupuj płatki kosmetyczne tylko w Biedronce! ;)


Uff, dobrnęłam do końca.
Znacznie bardziej lubię używać kosmetyków i je zużywać niż o tym pisać :)
Buziaki :*

DENKO Stycznia i Lutego 2019

Joanna
,

Cześć Dziewczyny :)

Moje denko z ostatnich dwóch miesięcy jest co najmniej dziwne i bardzo mnie zaskoczyło. Znów zużyłam całkiem sporo kosmetyków. Najbardziej zaskoczyło mnie to, że nie zużyłam żadnego kosmetyku kolorowego, a używałam ich bardzo dużo. Kolejnym fenomenem tego denka jest to, że mimo zerowego zużycia w obszarze kolorówki, pożegnałam się z wieloma produktami do demakijażu.
Tym razem wiele z kosmetyków, jakie osiągnęło denko, okazało się średniakami i używałam ich trochę na siłę. Oczywiście były też genielne kosmetyki, które stsowałam z wielką przyjemnością, ale były tez takie, których zuzyć nie dałam rady.

No nic, koniec tego wstępu, przejdźmy do rzeczy!

Płyn do kąpieli Cien z Lidla okazał się całkiem dobry i choć zazwyczaj kupuję te z Biedronki, to Thermal Spa był niczego sobie. Dobrze się pienił, ładnie pachniał i nie wysuszał skóry. Nasze relacje były bardzo poprawne, a jeśli dodać do tego korzystną cenę to były one wręcz  fantastyczne ;). Być może jeszcze kiedyś zakupię go, ale wypróbuję inna wersję zapachową. 

Peeling do ciała Kueshi - FRESA o zapachu truskawki bardzo lubiłam. Był niesamowicie wydajny, genialnie się pienił i mocno pachniał truskawkami, choć zapach ten był nieco chemiczny (a może tylko mi się wydawało, bo był niesamowicie intensywny). Nie natłuszczał skóry, jedynie doskonale zdzierał martwy naskórek. Można powiedzieć, że jego ścierniwo było zatopione w żelu pod prysznic, bo kosmetyk ten nie miał w sobie żadnych substancji, które mogłyby natłuszczać skórę. Drobinek ścierających było w nim bardzo dużo i bardzo dobrze się pienił, właśnie dlatego jego wydajność była niezwykle wysoka. Pewnie jeszcze do niego wrócę. Bardzo go lubiłam!

Emolientowy olejek do kąpieli i pod prysznic od GoCranberry natłuszczał za to bardzo dobrze. Kiedy nie miałam czasu na stosowanie balsamów, czy maseł do ciała po kąpieli, wlewałam go do wanny i kiedy z niej wychodziłam robota była już zrobiona. Był ok, choć bez rewelacji, bo nie miał zapachu.

Olejek do ciała Tajemnica Piękna od Kneipp pachniał prześlicznie. Używałam go tuż po kąpieli na jeszcze wilgotne ciało. Bardzo go lubiłam ze względu na zapach!

Masła do ciała SeeSee używałam na siłę. To był jeden z tych kosmetyków, których za bardzo nie lubiłam. Generalnie, jego działanie było bardzo dobre bo natłuszczał i nawilżał skórę na długo, ale.... i tu się zaczyna! Przyjemność stosowania była praktycznie zerowa. To masło było toporne i nie chciało się rozsmarowywać, zapach był mocno średni i gdyby jego działanie było tylko przeciętne, to nie zużyłabym go do końca.


Szampon do włosów CREIGHTONS Argan Smooth był najbardziej chemicznym szamponem z jakim w ostatnim czasie miałam do czynienia i od kiedy otworzyłam opakowanie i przeczytałam skład, to używałam go tylko do prania pędzli. Nie odważyłabym się użyć go do czegokolwiek innego. Musze jednak przyznać, że z praniem pędzli radził sobie doskonale! Sama bym go nie kupiła, ale znalazłam go w jednym z beauty box-ów, więc postanowiłam zrobić z niego użytek.

Zużyłam również dwa szampony merki Equilibra, którą bardzo lubię. Ma ona bardzo dużo dobrych kosmetyków z dodatkiem aloesu. Swego czasu używałam ich naprawdę dużo. Zawsze zamawiałam w aptekach DOZ. Ostatnio trochę mniej obcuję z tą marką, ale możliwe, że to się jeszcze zmieni, bo bardzo ja szanuję. Kosmetyki Equilibra mają dobre składy i dużą zawartość aloesu. Mają świetne działanie nawilżające i są niezwykle delikatne.

Muszę również pochwalić AKSAMITNĄ KURACJĘ do mycia włosów Biały Jeleń. Ten szampon jest naprawdę świetny! Doskonale oczyszcza włosy i skórę głowy, jest delikatny, ma bardzo dobry skład i polecany jest szczególnie dla osób z problemami alergicznymi skóry. Jeśli szukacie delikatnego szamponu do włosów w rozsądnej cenie to skuście się właśnie na ten!


Zużyłam również dwie maski do włosów: O'HERBAL zwiększającą objętość włosówKALLOS z Biotyną. Zdenkowałam również odżywkę ISANY z Pantenolem i witaminą B3.
O'HERBAL i KALLOS zużyłam na siłę, bo poza tym, że lekko pomagały w rozczesywaniu włosów, to nic, ale to absolutnie nic nie robiły. Już bardziej byłam zadowolona z działania odżywki ISANA, choć szaleństwa tu również nie było. Nie będę się rozpisywać, bo szkoda mojej i Waszej energii. Zwyczajnie nie polecam tych produktów. Jest na rynku wiele lepszych w podobnych cenach!

Wcierki do włosów DERMEDIC Capilarte i PILOMAX nie zrobiły szału, ale też nie zaszkodziły. Nie zauważyłam po ich stosowaniu żadnych spektakularnych efektów, ale nie chce narzekać. Być może jeszcze te efekty przyjdą :)

Olejki Kerabione Booster i olejek arganowy o zapachu pomarańczy dodawałam do olei bazowych i robiłam olejowanie włosów. Nie chce się wypowiadać, bo jak wiadomo, aby olejowanie przyniosło efekty trzeba robić je regularnie i cierpliwie, a ja z braku czasu nie stosowałam się do zasad olejowania zbyt dobrze.

W listopadzie i grudniu dużo czasu poświeciłam na dokładny demakijaż, co zaowocowało dobrze oczyszczoną i gładką cerą. Skóre oczyszczałam kilkuetapowo. 
Najpierw nakładałam na twarz olejek i masowałam. Najlepiej sprawdził się tutaj MIYA mySUPERskin, bo nie tylko doskonale rozpuszczał makijaż, ale również fantastycznie pachniał. Olejek do demakijażu GoCranberry też był niezły, ale tak ładnie nie pachniał. Zużyłam również oliwkę hydrofilną do oczyszczania skóry twarzy INGENI, która była tylko próbką, ale naprawdę świetnie mi się z nią współpracowało i mam ochotę na pełnowymiarowe opakowanie! 

Po rozpuszczeniu makijażu oliwką, zmywałam wszystko żelem do mycia twarzy, ponieważ nie lubię mieć tłustej warstwy olejku na skórze. Najlepiej sprawdziła się BIODERMA Sebium, bo doskonale się pieniła i była bardzo wydajna, świetnie zmywała olejki. Himalaya Neem w piance okazała się średniakiem, ale dawała radę. Nie była tak wydajna i skuteczna, jak Bioderma, ale używałam jej i nie narzekałam. najgorzej wypadł tu Biolaven i wiem, że już do tego żelu nie wrócę! Nie lubię kosmetyków do oczyszczania twarzy, które się nie pienią, a ten żel nie pienił się absolutnie wcale i nie wyróżniał się specjalnie działaniem oczyszczającym. Oczyszczał raczej średnio.

Ostatnim etapem oczyszczania twarzy było przetarcie skóry płynem micelarnym. Zarówno Biały Jeleń, jak i Kueshi sprawdziły się w tym celu doskonale, chociaż bardziej lubiłam Jelenia. Obydwa miały właściwości przywracające skórze naturalne pH, więc działały trochę, jak toniki.

Zużyłam również 1- minutową maseczkę Nivea Urban Detox. Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że będę z niej, aż tak zadowolona. Używałam jej mniej więcej raz w tygodniu.Świetnie oczyszczała i działała trochę, jak peeling, gdyż miała w sobie drobinki ścierające i przy zmywaniu i masowaniu, to właśnie one złuszczały martwy naskórek. Jej wadą jest to, że może zaszczypać przy nałożeniu, więc polecam ja tylko osobom "gruboskórnym" (takimi, jak ja). Wrażliwcy raczej nie będą dobrze dogadywać się z tą maską.


Po oczyszczaniu przyszła kolej na dalsze etapy pielęgnacji.

Antybakteryjna PAPKA do cery trądzikowej JADWIGA służyła mi kiedyś, ale gdy przestałam mieć problemy z wypryskami, schowałam ja głęboko. Niedawno ja przypadkowo znalazłam i okazało się, że jest całkowicie wyschnięta. Niestety muszę ją wyrzucić. Polecam ją dla osób borykających się z trądzikiem, w kryzysowych sytuacjach bardzo się przydaje.

Serum, na rozszerzone pory i preparat punktowy NORMACNE od Dermedic niestety nie doczekały się premiery na mojej twarzy. Zwyczajnie nie miałam kiedy ich użyć, bo nie miałam problemów na które mogłyby pomóc. Sprawdzałam ostatnio daty ważności kosmetyków i okazało się, że już dawno po terminie :( Niestety musimy się pożegnać. Bye...

Nocna maska na twarz NovAge Intense Skin Recharge od Oriflame to jeden z moich HIT-ów!  Jest ona bardzo odżywcza i mega nawilżająca. Rano skóra jest wypoczęta, promienna, gładka, a pory skóry są zwężone. Można ją używać jako maskę nakładając na skórę grubszą warstwą, albo jako krem na noc. Ja wole tą drugą opcję, jest bardziej ekonomiczna, a działanie takie samo :).

Energetyzującego kremu Cellular Water Cream INSTITUT ESTHEDERM używałam tylko na dzień i to w dni, kiedy nie nakładałam makijażu. Przyznam się, że byłam nim zachwycona (ślicznie pachniał i pięknie nawilżał na cały dzień) i skuszę się na pełnowymiarowe opakowanie (miałam tylko mini produkt).

Wodnego kremu BISHOJO używałam jedynie na dzień pod makijaż i byłam z niego bardzo zadowolona. Taki niepozorny, a uwielbiałam go stosować. Był niezwykle lekki i błyskawicznie się wchłaniał. Po chwili nie było go zupełnie czuć na twarzy, a efekt nawilżający był bardzo spoko. Ten krem bardzo pozytywnie mnie zaskoczył.

Krem pod oczy Postquam DNA wspominam bardzo dobrze i choć miałam tylko próbkę, to starczyła mi na długo. Chciałam kupić pełnowymiarowe opakowanie, ale cena niestety trochę poraża. Może innym razem ;)

Zużyłam również ampułkę z witaminą C Synchrovit i kwas hialuronowy Hialu-Pure Forte 3%, ciężko mi się wypowiedzieć na temat tych dwóch produktów. Ampułkę w witaminą C miałam tylko jedną, więc nie zdążyłam zauważyć efektów stosowania, a kwas ten hialuronowy nie wyróżniał się niczym na tle podobnych produktów, no..., może tylko tym, że z nakrętka była fatalna i nie można jej było zakręcić :/


Lakier do włosów TAFT 7-days ANTI FRIZZ był rzeczywiście bardzo mocny, ale niestety sklejał włosy. Nie mam pojęcia skąd się wzięło te 7 dni, ale nie wyobrażam sobie nie myć włosów przez tak długi czas ;) Generalnie, jeśli chodzi o mocne utrwalenie jest to dobry lakier, ale za tym idzie również bardzo mocne sklejenie włosów.

Suchy Szampon GotToBe był ostatnim jaki zużyłam i więcej nie będę się bawiła w absolutnie żadne suche szampony! Cichaczem wyrządziły na mojej głowie i włosach spustoszenie ogromnych rozmiarów (suchość skóry głowy, suchość i łamliwość włosów i ich wypadanie) więc dostały bana! Koniec!

Dezodorant w spray-u Fa spisał się bardzo dobrze. Bez problemu radził sobie z potem i przykrym zapachem, a dodatkowo ładnie pachniał. Nie mam żadnych zastrzeżeń.

Emulsja do higieny intymnej Cień z Lidla spisywała się bardzo dobrze i osobiście nie mam do niej żadnych zastrzeżeń. Robiła dużą pianą i szczerze mówiąc nie wiem, czy to dobrze, jeśli chodzi o płyny do higieny intymnej, ale żadnych problemów z tym związanych nie miałam.

Zdenkowałam również dwie pasty do zębów. Moją ulubioną Pearl Drops - Lasting Flawless White, którą uwielbiam i uważam za najlepszą, wybielającą pastę do zębów na rynku, a także pastę węglową, wybielającą SEYSSO. Seysso niestety nie była najlepsza. Wybielania ne zauważyłam, a w smaku była obrzydliwa. :(


Skończyły mi się również dwie odżywki do paznokci: Eveline Sensitive 8w1 i Nailtiques. Z Eveline byłam bardzo zadowolona bo świetnie wzmacniała i utwardzała paznokcie, a przy tym długo się na nich trzymała (lakier przez długi czas nie odpryskiwał). Nailtiques niestety bardzo mnie zawiodła, bo o ile dobrze utwardzała i może nawet trochę i wzmacniała paznokcie, to odpryskiwała jeszcze tego samego dnia, w którym została nałożona na paznokcie. Szkoda, bo jej cena do niskich nie należy. :(

Top Eveline miniMAX był bardzo dobry. Mocno utwardzał, szybko wysychał, był trwały i świetnie nabłyszczał. Nie można chcieć więcej! 

Niestety wysechł mi TOP Hybrydowy marki makeAR, chyba niezbyt dobrze zakręciłam nakretką. Top tak bardzo zgęstniał, że nie nadaje się już do niczego. Bardzo żałuję, bo marka makeAR jest jedną z najlepszych marek hybrydowych na rynku. bardzo Wam polecam!

Trzech pomadek pielęgnacyjnych do ust niestety nie zdołałam zużyć i żegnam się z nimi bez żalu! 
MIYO Melon Kiss okropnie barwiła usta na różowo, ja bardzo nie lubię takiego efektu. Poza tym jej właściwości pielęgnacyjne nie były wysokich lotów. Raczej przeciętne.
bebe Young Care miała okropny smak, bieliła usta na biało i niezbyt dobrze je natłuszczała. Okropna!
Na koniec ISANA tropikalna, która zupełnie nie nawilżała i nie natłuszczała, była toporna i twarda, jak kamień. Nic mi z tego, że ładnie pachniała, bo nie służyła mi do tego, do czego powinna.


Zużyłam jeszcze dwa opakowania płatków kosmetycznych. Te z Biedronki są świetne, mają scalone brzegi i nie rozwarstwiają się. Bardzo dobrze zmywa się nimi nawet bardzo oporny makijaż. Płatki z Rossmanna są tragiczna, a niestety mam jeszcze jedno opakowanie do zmęczenia. tak dawno ich nie używałam, że zapomniałam, jak są tragiczne. :/ Rozwarstwiają się nawet już przy wyjmowaniu z opakowania, a co dopiero przy demakijażu. 

Zużyłam również kilka saszetek o których nie będę się rozpisywać, bo nie ma za bardzo o czym i opakowanie chusteczek do demakijażu z minerałami z Morza Martwego Seacret. Swoja drogą bardzo skuteczne i nawet delikatne dla skóry, ale ich cena w sklepie jest bardzo wysoka i raczej nie sądzę, że kiedykolwiek wydam ponad 100 zł na chusteczki do demakijażu. Mój denkowy egzemplarz znalazłam niegdyś w jednym z kosmetycznych box-ów.


To byłoby na tyle... UFF... . Dobrze, że nie zużyłam już nic więcej, bo tego posta pisałabym chyba przez tydzień ;)

Buziaki :*

DENKO Listopada i Grudnia 2018

Joanna
,

Cześć Dziewczyny :)

Moje denko dwóch ostatnich miesięcy okazało się być olbrzymie pod względem zużytych kosmetyków, ale też pod względem takich, których zużyć mi się nie udało. W ciągu ostatnich miesięcy zdecydowałam się na zrobienie porządków wśród moich kosmetyków kolorowych i postanowiłam pozbyć się tych, których nie używam i używać nie będę. Głównym tego powodem jest to, że okazały się bublami lub kompletnie nie służyły mi pod względem kolorystycznym.
Jeśli chodzi o kosmetyki pielęgnacyjne, to przez ostatnie miesiące zużyłam wiele produktów, które mają takie samo zastosowanie, a to dlatego, że używałam kilku na raz. Nie czekając na zdenkowanie jednego produktu, otwierałam i używałam jednocześnie kilku innych z tej samej kategorii. Takim oto sposobem większość z nich osiągnęło swoje denko właśnie we wrześniu i październiku.

Wszystkich opakowań było tak dużo, że nie zdołałam ich zmieścić na zdjęciu głównym. 


Zacznijmy od kolorówki! Jak już wspominałam wcześniej, w moim denku znalazło się bardzo dużo kosmetyków kolorowych. Znalazły się w nim z różnych powodów. Jedne zużyłam z wielką przyjemnością, a innych po prostu się pozbyłam bez żalu. 
Podkład Pierre Rene - Advanced Lift okazał się średniakiem i nie sądzę, abym szybko do niego wróciła. Wszystko za sprawą tego, że jego krycie było bardzo znikome (nie ma szans, aby zakrył nawet lekkie przebarwienia), a i trwałość nie zachwycała. Co więcej, kolejnym jego minusem było to, że ciemniał po nałożeniu. Zużyłam go do końca, bo mieszałam go z bardzo mocno kryjącym i trwałym, ale niestety też bardzo widocznym na twarzy podkładem L'oreal Infallible 24H Matte. Te dwa gagatki tworzyły razem zgrany duet i bardzo przyjemnie mi się ich używało. To było naprawdę świetne połączenie. Osobno nie spisywały się tak doskonale.
Bardzo przyjemnie spisał się również podkład Giordani Gold Liquid Silk od Oriflame. Bardzo go lubiłam. Był płynny, lekki, a jednocześnie krył! 

Niestety wykończyłam również mineralny, sypki podkład Pixie Cosmetics i strasznie za nim tęsknie. Pixie Cosmetics to marka, która w mojej opinii ma rewelacyjne kosmetyki mineralne, jedne z najlepszych na rynku. Podkład był trwały i świetnie dostosowywał się do skóry. Naprawdę przez cały dzień trzymał się bez zarzutu, a cera wyglądała naturalnie i nieskazitelnie.

Zużyłam również próbkę (0,5 g) pudru utrwalajaco-matujacego Velvet HD od Earthnicity. Bardzo mi się spodobał i już niebawem zaopatrzę się w pełnowymiarowe opakowanie. Był bardzo drobno zmielony i świetnie utrwala makijaż. Jest biały, ale absolutnie nie biel twarzy. Daje satynowo-matowe wykończenie. Dla mnie był GENIALNY!


Wraz z wykończeniem podkładu Pixie wykończyłam również pędzel Pixie Cosmetis do nakładania podkładu i prawie się przy tym popłakałam, bo byłam z niego bardzo zadowolona. Niestety wypadły z niego wszystkie włosy. Służył mi codziennie przez okrągłe dwa lata. Był naprawdę piękny i genialnie się nim pracowało. W całej okazałości możecie zobaczyć go w tym wpisie

Skończyły mi się trzy paletki z cieniami do brwi. Najbardziej lubiłam tą od L'oreal i Oriflame. Kolorystyka tych cieni najbardziej mi odpowiadała. Cień miss sporty był zbyt jasny, wyjęłam go z paletki i przełożyłam do innej. Służy mi do nadal, ale mieszam go z innym, dużo ciemniejszym, aby uzyskać odpowiedni odcień.

Wykończyłam również dwa produkty do pielęgnacji ust. Carmex, jak to Carmex był naprawdę spoko. Pomadkę ochronną kupiłam w Carrefour za kilka groszy i okazała się wazeliną w sztyfcie, ale sprawdzała się naprawdę całkiem nieźle, jak za takie pieniądze (ok. 3 zł). 


Na powyższym zdjęciu znajdują się kosmetyki, których używałam, ale nie udało mi się ich zdenkowac do końca. Postanowiłam się z nimi pożegnać pomimo, że w opakowaniach pozostały jeszcze nieznaczne ilości produktów. 

Krem CC od Eveline całkiem nieźle sprawdzał się latem przy upałach. Pamiętam, że całkiem często go używałam, ale zimą już niekoniecznie się sprawdzi, a do następnego lata pewnie nie przetrwa, więc muszę się z nim pożegnać.

Żegnam się również z rozświetlaczem F&F (marka TESCO dawno wycofana z obiegu). Pamiętam, że był świetny, ale niestety o nim zapomniałam i przeterminował się już dawno w czeluściach szuflady z kolorówką. Zużyłam ok. połowy opakowania.

Silikonowej bazy pod makijaż INGRID używałam kiedyś bardzo często i to opakowanie osiągnęło prawie samego dna. Już od dłuższego czasu nie używam absolutnie żadnych baz pod makijaż, a tym bardziej silikonowych, więc postanowiłam pozbyć się nie tylko tej.

Rozświetlacz YOKO (idealnie wyglądał tylko na dłoni, a na twarzy nie było już tak różowo) i podkład w musie essence (bardzo słaba trwałość i podkreśla suche skórki) zużyłam prawie w całości, ale nie były to produkty zachwycające, a ponieważ mam wiele nowych i dużo lepszych, to zdecydowałam, że nie będę się dłużej z nimi męczyć ;)


Powyższe kosmetyki były absolutną tragedią i bublami nie z tej ziemi! Podejmowałam kilka prób, aby się z nimi rozprawić, ale nic nie pomagało. Żegnam się z nimi w całości, ponieważ nie udało mi się ich zużyć nawet w niewielkiej części.

Charmine Rose Color Control Skin Cc Lotion miał nadawać skórze ciała efekt opalonej i aksamitnej. Niestety ten efekt był naprawdę słaby, a w dodatku produkt ścierał się bardzo szybko i koszmarnie brudził ubrania. 

Podkłady w sztyfcie miss sporty Really Me! kompletnie się nie sprawdziły! Ważyły się na twarzy już po minucie od nałożenia. Pozostawiały okropne smugi, bardzo ciężko było równomiernie je rozprowadzić na skórze, wchodziły w załamania, podkreślały suche skórki. Zamiast zakrywać niedoskonałości to pięknie je uwydatniały. Po aplikacji błyskawicznie się ścierały, rolowały i pozostawiały koszmarne plamy.Istna tragedia!

Niegdyś bardzo polecana na blogach baza pod cienie do powiek Cashmere od DAX Cosmetics skusiła i mnie. Niestety użyłam jej tylko raz i zamiast wyrzucić do śmieci to schowałam w szufladzie z kosmetykami. Dla mnie to kolejny kosmetyczny koszmarek o tępej konsystencji. Generalnie ta baza nie nadawała się do niczego, żadnego cienia na niej położyć nie mogłam, bo zanim zaczęłam to robić to już była zrolowana na powiece. Dramat!

Korektora do poprawek makijażu 

od FM Cosmetics używałam bardzo rzadko, ale nie dlatego, że nie musiałam robić poprawek. Chodziło o to, że za każdym razem tak się brudził, że zamiast zmywać nieładną kreskę, to raczej ją jeszcze bardziej rozmazywał. Za każdym razem wycierałam go chusteczką, ale to i tak dawało znikome rezultaty. Generalnie większość swojego żywota ten korektor spędził w szufladzie i teraz właśnie nadszedł jego czas ;).

Ostatni produkt z powyższego zdjęcia to sztyft do maskowania odrostów od Bielenda. Znalazłam go niegdyś w jednym z kosmetycznych box-ów i do tej pory nie wiem, co autor miał na myśli (?). To coś poza oblepianiem włosów nie robi nic. 


Kremów BB i CC od AVON nie miałam okazji nawet użyć. Zawsze miałam jakiś lepszy produkt do używania, a te dwa kosmetyki wcale jakoś szczególnie mnie nie interesowały. Odpychający był dla mnie ich skład, ale poza tym nie mam pojęcia jak by się sprawdziły i trochę żałuję, że nawet ich nie wypróbowałam. To jedne z tych kosmetyków, których nie użyłam ani razu. Ich termin ważności minął zanim zostały otwarte.

Z podkładami Eveline i Caroline's Rose było podobnie. Nie miałam okazji ich wypróbować. Po pierwsze dlatego, że nie szczególnie mi na tym zależało ze względu na ich skład, a po drugie miały bardzo ciemne odcienie. Pozbywam się ich w całości.

Korektora do brwi od Bell również nie użyłam nawet raz. Wszystko dlatego, że jego kolor był szary. Nie znam osoby, która ma szare brwi ;) Znalazłam ten korektor w jednym z beauty box-ów i pozbywam się go bez żalu.

Naturalne cienie do powiek SBC były bardzo przyjemne, ale miały krótki termin ważności i się zwyczajnie przeterminowały. Trochę szkoda, bo mało ich używałam. 


Z kremem BB i podkładem od Delia Cosmetics było podobnie jak z krememi BB i CC od AVON. Nie użyłam ich nawet raz, ale zupełnie tego nie żałuję. Znalazłam je w kosmetycznych box-ach, ale nie szczególnie chciałam ich używać, a nie miałam komu podarować. Poleżały sobie w szufladzie i nadszedł czas, aby przestały zbierać kurz, więc pa pa. 

Podobnie było z matującym podkładem od Bielenda. Chyba odpychają mnie takie tanie podkłady, nawet już nie umiem przełamać się, aby je choć raz wypróbować. Szczerze mówiąc nie pamiętam, jak trafił w moje ręce. W każdym razie już się go pozbyłam bez żalu. 

Krem CC Figs&Rouge Ideal Equilibre nie dość, że zawierał parafinę to jeszcze był bardzo ciemny. Nie użyłam go nawet razu i nigdy mnie nie pokusiło, aby jakiś inny krem lub podkład z nim zmieszać. Nie wiem, dlaczego nie pozbyłam się go wcześniej.

Jak już wspominałam wcześniej, już od dłuższego czasu nie używam żadnych baz pod makijaż, więc pozbywam się tych od AVON, KOBO i INGRID. Nie są mi potrzebne.

Krem BB od Tołpa okazał się beznadziejny i użyłam go może ze dwa razy. Nie miał on krycia i właściwie nic nie robił. W tym przypadku znów nie wiem, co autor miał na myśli. 
Kolejny krem BB od Organique również się u mnie nie sprawdził i użyłam go zaledwie kilka razy. Ten gagatek podobnie jak krem BB od Tołpa też nic nie robi, a już na pewno nie upiększa.

I to już koniec (albo raczej dopiero) mojego denka związanego z kolorówką. Większość z kosmetyków, jaka się w nim znalazła powędrowała do kosza zanim jeszcze została zdenkowana, ale zupełnie tego nie żałuję.


Praktycznie w każdym moim denku pojawia się jakiś płyn do kąpieli  beBeauty z Biedronki. Lubię je bo są tanie, wydajne, nie wysuszają skóry, ładnie pachną i tworzą super gęstą pianę. Bez żalu można je wlewać do wanny! Jestem ich wierną użytkowniczką.
Zużyłam również żel do mycia ciała aptecznej marki Derma, ale do tej pory nie wiem, co w niej wyjątkowego. Niby przeznaczona dla skóry wrażliwej, ale zawiera SLS. Dziwne to dla mnie, ale może się nie znam. Generalnie według mnie to nic specjalnego.

Skończyły mi się również szampony NIVEA i Herbal Essences. Niestety obydwa zawierały SLS-y i nie mogłam używać ich codziennie d o mycia włosów. Oczywiście większość zużyłam do prania pędzli niż do włosów, bo do włosów używałam ich może raz w miesiącu. Nie jestem w stanie powiedzieć, jak sprawdzały się przy myciu włosów, ale z pędzlami radziły sobie bardzo dobrze.

Szampony Biolaven i Dermedic używałam do codziennego mycia włosów i sprawdziły się świetnie. Były delikatne dla skóry głowy, nie wysuszały jej i nie podrażniały, a przy tym tworzyły ładną pianę i świetnie oczyszczały włosy. Oczywiści nie zawierały SLS- ów, ani SLES-ów.


W październiku przefarbowałam włosy farbą CASTING Creme Gloss, ale z odcienia, jaki wybrałam nie jestem szczególnie zadowolona. Nie jest to oczywiście wina farby, ale raczej mojego wyboru. Dużo lepiej wyglądam w zimnych odcieniach.

Zużyłam również kilka odżywek do włosów. Żadna z nich nie była rewelacyjna i żadnej Wam jakoś szczególnie nie polecam. NOVEX i Pantene były poprawne, ale CosNature, a tym bardziej BEAVER biorąc pod uwagę ich ceny nie sprawdziły się wcale.


Wykończyłam też kilka suchych szamponów i jestem przerażona tą ilością, ale świetnie się sprawdzały przed wszelkimi imprezami, a we wrześniu i październiku zaliczyłam ich sporo ;) Bezsprzecznie najlepsze okazały się oczywiście Batiste, a na drugim miejscu uplasował się got2be
Aussie zupełnie się nie sprawdził i tego nie polecam. Odświeżał fryzurę tylko na chwilę, a po godzinie było jeszcze gorzej niż przed zastosowaniem.


To czarne pudełeczko opakowanie po moim własnoręcznie zrobionym peelingu cukrowym do ciała z płatkami róż. Oczywiście był najlepszy i jedyny w swoim rodzaju ;)

Zużyłam również wszelkie peelingi kawowe jakie miałam w zapasach. Nie jestem w stanie powiedzieć, który był najlepszy, a który najgorszy. Wszystkie wspominam tak samo. Teraz zrobiłam cały słój swojego, autorskiego peelingu kawowego i używam sukcesywnie. Sprawdza się bardzo podobnie, a kosztował mnie o wiele mniej. :)


Skończyły mi się dwa żele to mycia twarzy.  Żel od Oriflame z serii Love Nature z aloesem wspominam bardzo dobrze, byłam z niego zadowolona, choć natury i aloesu w nim było jak na lekarstwo (mniej niż konserwantów). Pisałam o nim tutaj.
Żel od SYNCHROLINE był poprawny, ale używało mi się go średnio. Co prawda dawał radę oczyszczaniem, ale nie pienił się i brzydko pachniał, więc przyjemność użytkowania była zerowa. Ponownie bym się na niego nie zdecydowała.

Zdenkowałam również trzy mgiełki tonizujące do twarzy. Wszystkie były świetne i wszystkie bardzo dobrze wspominam. Najbardziej zadowolona byłam z Babo (zauroczyło mnie opakowanie) i chętnie do niego wrócę.

Płyn micelarny i tonik w jednym ROSADIA sprawdzał się bardzo dobrze, ale ja jednak wolę tonik, jako tonik, a płyn micelarny, jako micel. Nie bardzo pasuje mi połączenie 3w1.


Peeling do stóp Evree i peeling węglowy Efektima oceniam dobrze. Są to kosmetyki poprawne, ale nie ma się co zachwycać. Dobrze mi się z nich korzystało, ale bez rewelacji.

Rewelacyjna była natomiast wybielająca pasta do zębów Pearl Drops! To już kolejne moje opakowania i z pewnością nie ostatnie. Używam jej stale i zawsze jest w użyciu. Genialnie wybiela zęby i to bardzo szybko, jest najlepsza z najlepszych, jakie są dostępne obecnie na rynku i w całkiem spoko cenie. W Rossku często można ją kupić za 20 zł. 

Dezodoranty w spray-u Fa i w kulce Rexona spisały się bardzo dobrze. Bez problemu radziły sobie z potem i przykrym zapachem. Chroniły bez zarzutu i z całą pewnością jeszcze nie raz pojawią się we wpisach denkowych na moim blogu.

Skończyły mi się również przepiękne, letnie perfumy od Oriflame - Elvie Summer Joy <3 Zapach jest niesamowity i na milion procent wiosną znów je zamówię, oczywiście jeśli będą jeszcze dostępna, ale jestem przekonana, że będę, bo tak cudny zapach nie wyjdzie tak szybko z oferty.
Dzięki nim dostałam wiele komplementów, szczególnie od mężczyzn :)


Jak co miesiąc zużyłam również płatki kosmetyczne, kilka próbek i maseczek w saszetkach. Pozwolicie jednak, że nie będę się o nich rozpisywać. ;)

To już całe moje denko z ostatnich dwóch miesięcy. Jestem w szoku, bo ta ilość kosmetyków jest przerażająca, a denko listopada i grudnia zapowiada się podobnie.

Buziaki :*

DENKO Września i Października 2018

Joanna
,